Nauka przechodzi właśnie jedną z największych zmian w swojej historii, choć dzieje się to w zaciszu gabinetów i na serwerach, a nie na pierwszych stronach gazet. U progu 2026 roku środowisko akademickie staje w obliczu przemian rodem z literatury fantastycznonaukowej, gdzie ludzie powoli oddają stery maszynom, nie będąc do końca pewnymi, czy to dobry pomysł. Raport Frontiers z 2025 roku „Unlocking AI's untapped potential” demaskuje realia tego procesu, wyciągając na światło dzienne najważniejsze dane i trendy.
Jeżeli zajmujesz się nauką, czytasz artykuły badawcze lub po prostu wierzysz w postęp, zawarte tam dane powinny cię zainteresować, ponieważ okazuje się, że spora część prac, które trafiają do druku, jest już weryfikowana przy pomocy algorytmów.
Recenzenci naukowi są przeciążeni. Lawina nowych publikacji sprawia, że rzetelna ocena każdej z nich staje się zadaniem karkołomnym. W tym momencie na scenę wchodzi technologia. Według najnowszego badania Frontiers Media, które objęło ponad 1600 badaczy z całego świata, aż 53% recenzentów korzysta z narzędzi sztucznej inteligencji w swojej pracy. Sprawa jest więc przesądzona – AI weszła do recenzji z buta i rozgościła się w najlepsze. Pytanie, co z tym faktem zrobimy.
Nauka na autopilocie – co drugi recenzent korzysta już z pomocy AI
Statystyki zaprezentowane w raporcie pokazują, że nie mówimy o marginalnym zjawisku dla entuzjastów nowinek. Ponad połowa środowiska aktywnie wspiera się algorytmami. Co czwarty recenzent w ostatnim roku zwiększył intensywność korzystania z tych narzędzi. Oznacza to, że proces normalizacji postępuje błyskawicznie. Maszyny stają się dla naukowców tym, czym kiedyś kalkulator dla księgowego – niezbędnym narzędziem, bez którego praca trwałaby wieki.
Interesujące jest jednak to, jak bardzo nierówno rozkłada się owa adaptacja. Spójrzmy na mapę. Chiny i Afryka przodują w wyścigu. W Chinach aż 77% recenzentów przyznaje się do używania AI, a w Afryce 66%. Tam technologia traktowana jest jako wyrównywacz szans, dzięki niej bariery językowe stają się mniejsze, a redagowanie tekstów w języku angielskim przestaje być przeszkodą nie do przeskoczenia. Badacze z tych regionów widzą w AI partnera, który pozwala im skuteczniej konkurować na globalnym rynku idei.

Zupełnie inaczej wygląda to w Europie i Ameryce Północnej. Tutaj dominuje ostrożność, a wręcz nieufność. W Ameryce Północnej po AI sięga tylko 31% recenzentów, a w Europie 46%.
Skąd ta różnica? Zachodni świat nauki zdaje się sparaliżowany debatą o etyce, stronniczości i przejrzystości. Podczas gdy globalne południe działa i wdraża innowacje, Zachód wciąż zastanawia się nad regulacjami. Jednak technologiczna powściągliwość może wkrótce okazać się pułapką, spychając tradycyjne ośrodki akademickie do roli obserwatorów dynamicznych zmian, które dzieją się gdzie indziej.
Pokoleniowa przepaść w podejściu do innowacji
Równie fascynujące, co podziały geograficzne, są te międzypokoleniowe. Raport Frontiers nie pozostawia złudzeń - młodzi badacze nie mają oporów. Wśród naukowców na wczesnym etapie kariery odsetek użytkowników AI wynosi oszałamiające 87%. Dla nich algorytm jest naturalnym przedłużeniem ich własnego intelektu, narzędziem do szybszego uczenia się i efektywniejszej pracy.
Seniorzy nauki podchodzą do tematu znacznie chłodniej. W grupie najbardziej doświadczonych recenzentów (ponad 15 lat stażu) większość, bo aż 55%, nigdy nie użyła AI w recenzji. Nie jest to już drobna różnica zdań przy kawie – to spory rozłam w sposobie uprawiania nauki. Starsi badacze często postrzegają AI jako zagrożenie dla jakości, obawiając się "halucynacji" systemów czy utraty niuansów, które wyłapie tylko ludzkie oko. Młodzi widzą w niej szansę na przetrwanie w systemie "publish or perish" (publikuj albo giń).

Sęk w tym, by te dwa światy znalazły wspólny język. Z jednej strony mamy doświadczenie seniorów, które stanowi gwarancję jakości, z drugiej zaś cyfrową sprawność juniorów, będącą motorem napędowym całego procesu przetwarzania informacji.
AI w recenzjach – luksusowy bolid do jazdy "po bułki"
Analizując sposób, w jaki badacze korzystają z AI, można odnieść wrażenie, że kupiliśmy bolid Formuły 1, by jeździć nim po bułki do sklepu. Zdecydowana większość zastosowań, o których mówi raport, jest zaskakująco trywialna. Aż 59% użytkowników wykorzystuje AI do redagowania raportów (poprawa języka, struktury), 29% do streszczania wniosków, a 28% do wyłapywania potencjalnych nadużyć.

Wciąż rzadko sięgamy głębiej. Zaledwie 19% badaczy używa AI do tego, w czym algorytmy są faktycznie bezkonkurencyjne – do analizy danych, weryfikacji poprawności statystycznej czy sprawdzania metodologii. Marnujemy potencjał technologii na polerowanie zdań, zamiast wykorzystać ją do wyłapywania błędów w samym jądrze naukowym pracy. Tutaj leży wspomniany w tytule raportu "niewykorzystany potencjał". Ewolucja recenzji naukowej nie polega na poprawie estetyki tekstu, lecz na wdrożeniu pogłębionej weryfikacji danych źródłowych przy pomocy algorytmów, co pozwoli na analizę w skali niemożliwej do osiągnięcia metodami tradycyjnymi.
Zaufanie, czyli waluta deficytowa
Relacja naukowców z AI przypomina trudny związek. Z jednej strony doceniamy, że oszczędza nam czas i poprawia jakość językową. Z drugiej – wciąż jej nie ufamy. Tylko 21% badaczy twierdzi, że użycie AI przez wydawcę zwiększa ich zaufanie do procesu publikacyjnego. Ponad połowa respondentów przyznała, że była świadkiem niewłaściwego użycia AI przez kolegów po fachu. Obawy dotyczą głównie fabrykowania danych, tworzenia nieistniejących odnośników bibliograficznych czy bezrefleksyjnego kopiowania wygenerowanych treści.
Co ciekawe, aż 76% badaczy nie wie, czy wydawca, u którego publikują lub recenzują, w ogóle korzysta z AI. Ten brak przejrzystości jest wylęgarnią teorii spiskowych i nieufności. Skoro nie wiemy, czy nasze prace ocenia człowiek, czy algorytm, zaczynamy wątpić w sens całego systemu. Wnioski płynące z raportu są jasne - technologia jest pożyteczna, ale musi działać przy włączonym świetle. Badacze oczekują jasnych komunikatów... "Tak, użyliśmy AI do wstępnego skanu plagiatowego" lub "Nie, decyzję merytoryczną podjął wyłącznie profesor XYZ".
Częstym problemem jest też brak definicji "nadużycia". Dla jednego badacza poprawienie gramatyki przez AI to standard, dla innego – już nieetyczna ingerencja. Granice są płynne, a środowisko akademickie desperacko potrzebuje jasnych drogowskazów, co wolno, a czego nie. Raport Frontiers podkreśla, że większość "nadużyć" nie wynika ze złej woli, ale z niewiedzy lub niedbalstwa.
Samouki rządzą światem nauki?
Kwestia edukacji to kolejny smutny wniosek płynący z dokumentu. Aż 35% naukowców to w kwestii AI samouki. Metodą prób i błędów uczą się, jak rozmawiać z modelem językowym. Zaledwie 16% polega w tej materii na wytycznych od wydawców. Instytucje naukowe również nie kwapią się do roli lidera edukacyjnego, zostawiając swoich pracowników samych sobie.

Tymczasem umiejętne korzystanie z AI staje się nową kompetencją podstawową, czymś na kształt umiejętności pisania na klawiaturze czy obsługi komputera. Brak systemowych szkoleń prowadzi do sytuacji, w której jakość recenzji czy artykułu zależy nie od wiedzy merytorycznej autora, ale od jego sprytu w "promptowaniu" (wydawaniu poleceń sztucznej inteligencji). Frontiers postuluje wprowadzenie certyfikowanych szkoleń i włączenie alfabetyzacji AI do programów nauczania na uczelniach. Bez tego pogłębiamy tylko chaos i nierówności.
Dokąd zmierzamy? Ramy odpowiedzialności
Autorzy raportu nie zostawiają nas tylko z listą problemów. Proponują konkretne ramy działania, które mają pomóc uwolnić potencjał technologii w sposób odpowiedzialny. Udostępniony dokument kreśli plan dla wydawców, instytucji i grantodawców. Bardzo istotne jest tu słowo "odpowiedzialność".
Wydawcy powinni otwarcie informować o użyciu AI – zarówno we własnych narzędziach (jak wspomniany system AIRA od Frontiers, który pomaga redaktorom w kontroli jakości), jak i wymagać takiej otwartości od autorów. Grantodawcy muszą wymagać transparentności w opisie metodologii. Instytucje badawcze powinny przestać udawać, że AI nie istnieje, i zacząć uczyć, jak używać jej etycznie.
Musisz zdać sobie sprawę, że odwrotu nie ma. Zbyt mocno przywykliśmy do wygody i szybkości, jaką oferują narzędzia AI. Pytanie brzmi - czy pozwolimy, by technologia rozwijała się "na dziko", pogłębiając podziały i niszcząc zaufanie, czy też weźmiemy ją w ryzy przemyślanych regulacji i dobrych praktyk?
Recenzja przyszłości
Ostateczny obraz wyłaniający się z raportu jest optymistyczny, choć zabarwiony nutą ostrzeżenia. AI może być windą dla jakości nauki, zamiast drogą na skróty. Wyobraźnia podpowiada scenariusz, w którym algorytm wykonuje żmudną pracę weryfikacyjną – sprawdza zgodność danych statystycznych, spójność obrazów (czy ktoś nie "poprawiał" zdjęć spod mikroskopu w Photoshopie), formatowanie bibliografii. W tym samym czasie człowiek-ekspert może skupić się na tym, co najważniejsze, czyli na ocenie oryginalności pomysłu, logiki wywodu i potencjalnego wpływu odkrycia na świat.
Symbioza człowieka i maszyny wydaje się jedyną drogą ratunku dla systemu recenzji naukowych, który trzeszczy w szwach pod naporem milionów publikacji rocznie. AI to pomocnik z tendencją do błędów, ale niezbędny w walce z informacyjnym potopem. Według Frontiers nie mamy wyboru... musimy porzucić lęk na rzecz sprawnego zarządzania technologią, która już teraz na stałe weszła w proces recenzowania i oceny naszej pracy.
Skala, której nie przewidzieliśmy
Warto na koniec jeszcze raz przytoczyć twarde dane, by uzmysłowić sobie skalę. Wspomniany w raporcie fakt, że 53% recenzentów używa AI, w zderzeniu z informacją, że tylko 19% używa jej do analizy danych, pokazuje ogromną lukę kompetencyjną. Używamy luksusowego bolidu, by podjechać po bułki. Drugim uderzającym faktem jest postawa młodych badaczy – blisko 90% adopcji technologii w grupie "Early Career" to sygnał, że za dekadę obecne dylematy etyczne "czy używać" znikną śmiercią naturalną, zastąpione przez dylematy "jak używać najlepiej".
Warto więc potraktować raport Frontiers z 2025 roku jako niezbędny kompas, który pozwala odczarować lęki narosłe wokół sztucznej inteligencji. Dokument jasno wskazuje, że to nie technologia jest naszym przeciwnikiem, lecz brak systemowego przygotowania - deficyt szkoleń, mgliste reguły i brak przejrzystości. Rozwiązania techniczne mamy na wyciągnięcie ręki, jednak to wyzwania natury ludzkiej i społecznej pozostają najtrudniejszym sprawdzianem. Jak sugerują autorzy, wciąż mamy szansę, by nadrobić zaległości, o ile przejdziemy do konkretnych działań już teraz.
Zawarte w opracowaniu wykresy pochodzą z przytoczonego raportu, zostały umieszczone wyłącznie w celach informacyjnych i potwierdzających dane.
